Babska Silesia
Pierwsze na Śląsku!

Nauka jest jedyną szansą dla afrykańs­kich dzieci — roz­mowa z Ewą Rekus

Jak często sta­jemy przed prob­le­mami typu: co zjeść na obiad, wypić espresso z chudym, tłustym a może bez mleka, lub: jakim kolorem poma­lować paznok­cie – met­al­icznym czy matowym. Po spotka­niu z Ewą Rekus takie prob­lemy wydają się śmieszne i nie na miejscu. His­to­ria Pani Ewy to dobry przykład na to, jak pracą i deter­mi­nacją można zmieniać rzeczy­wis­tość. Poprzez dzi­ałal­ność swo­jego Sto­warzyszenia Friend­ship Power Inter­na­tional kobi­eta stara się tworzyć równe szanse w dostępie do edukacji, ale także uczy tol­er­ancji, empatii i otwar­cia na Innego.

Kinga Motyka: Jak rozpoczęła się Pani przy­goda z Afryką?

Ewa Rekus: Moja przy­goda z Afryką zaczęła się bardzo, bardzo dawno temu, bo miało to miejsce w dziecińst­wie, ale był to jedynie świat marzeń i fan­tazji. Od zawsze marzył mi się „czarny ląd” – zainspirowana i prze­siąknięta byłam fotografi­ami, kadrami z filmów… Będąc na stu­di­ach planowałam wyjechać jako wolon­tar­iusz, ale zawsze był ten dylemat — rzu­cić stu­dia i wyjechać, albo kon­tyn­uować naukę. Rozsądek zwyciężył (śmiech). Cztery lata pracuję już w szkole, jako nauczy­ciel języka ang­iel­skiego – cały czas mam kon­takt z dziećmi i językiem. W kwiet­niu ubiegłego roku roz­chorowałam się. Siedze­nie w domu i rozmyślanie zaowocow­ały wielką zmi­aną w mojej świadomości.

Ewa Rekus  i Kolani Manemongue Lari - dyrektor szkoły partnerskiej Best Quality International School w Ghanie. Lari jest przyjacielem Ewy i członkiem honorowym stowarzyszenia. Na zdjęciu podczas listopadowej wizyty w PolsceNapisałam swój własny pro­gram autorski – nauczanie języka ang­iel­skiego. Dzięki pośred­nictwu British Coun­cil i pro­gramowi Con­nect­ing Class­roms, napisałam do szkół afrykańs­kich. Pro­gram był ukierunk­owany na Afrykę, ale nie na jakieś konkretne szkoły. Los, przez­nacze­nie lub szczęś­cie spowodowało, że trafiłam na nauczy­cieli, którzy uczą i jed­nocześnie prowadzą dzi­ałal­ność chary­taty­wną. W kwiet­niu rozpoczęłam real­iza­cję pro­gramu autorskiego. Zaczęło się od kore­spon­dencji między ucz­ni­ami klas trze­cich szkoły pod­sta­wowej. Moi uczniowie pisali do dzieci w Ghanie i Tan­zanii. Kore­spon­dencja rozwinęła się po przy­jeździe reprezen­tanta z Ghany i dos­zliśmy do wniosku, że mamy wspólne cele, chcemy poma­gać, i tak też pow­stała orga­ni­za­cja, sto­warzysze­nie, które ma na celu pomoc dzieciom.

K.M: Korzys­ta­jąc z okazji, czy może Pani powiedzieć, czym charak­teryzuje się Con­nect­ing Class­roms i Sto­warzysze­nie Friend­ship Power International?

E. R: Conect­ing Class­roms jest glob­al­nym pro­gramem eduka­cyjnym. Pro­gram ma na celu głownie wymi­anę międzykul­tur­ową, dzieci z różnych szkół na dwóch różnych kon­ty­nen­tach mogą poz­nawać swoją kul­turę. Nato­mi­ast sto­warzysze­nie wychodzi o poziom wyżej. Oczy­wiś­cie jest nauka o kul­turze, o trady­c­jach i zwycza­jach (w tym wypadku afrykańs­kich), ale nadrzęd­nym celem dzi­ałal­ności sto­warzyszenia jest pomoc naj­bied­niejszym dzieciom, ponieważ szkoły, z którymi współpracu­jemy, mają pod swoją opieką również sieroty. Orga­nizu­jemy z włas­nej inic­jatywy akcje chary­taty­wne, ostat­nio np. kier­masz świąteczny, z którego całkow­ity dochód przez­naczyliśmy na jedze­nie dla dzieci. Chcemy nieść pomoc w postaci konkret­nych artykułów, skierowaną do konkret­nej grupy potrzebujących.

K.M: Jakie są najwięk­sze prob­lemy współczes­nej Afryki, jeżeli mogłaby Pani powiedzieć, posiłku­jąc się włas­nym doświadczeniem?

E.R: Przede wszys­tkim brak edukacji. Nie ma budynków, które mogłyby pełnić funkcję szkół, poza tym edukacja jest płatna, więc nie każdą rodz­inę stać na to, by posłać dziecko do szkoły. W niedalekiej przyszłości planu­jemy rozpocząć pro­jekt budowy szkoły dla naj­bied­niejszych dzieci w Tan­zanii – dzieci osie­ro­conych lub tzw. dzieci ulicy. Koszt całkow­ity takiej budowy dla 250 uczniów to 40 tysięcy zł. Wiem, że podobny pro­jekt był real­i­zowany w Ghanie, gdzie pol­ska orga­ni­za­cja w ciągu 16 dni wybu­dowała szkołę! Drugim ogrom­nym prob­le­mem Afryki jest brak jedzenia i choroby, które wynikają z braku odpowied­nich służb medy­cznych i ogranic­zonego dostępu do lekarstw.

Zdjęcie wykonane po powrocie Lariego z Polski. Dzieci trzymają przybory szkolne, które zostały zakupione z pierwszej zbiórki pieniędzy na ten właśnie celK.M: Czy pobyt w Afryce zmienił jakoś Pani świado­mość, sposób postrze­ga­nia świata?

E.R: Bardzo! Przede wszys­tkim praca na rzecz sto­warzyszenia stała się głównym celem mojego życia i dała mi pewnego rodzaju dys­tans do świata, teraz o wiele bardziej doce­niam to, co mam. Te rzeczy, które wydają nam się takie oczy­wiste na co dzień: ubranie, jedze­nie, to, że jesteśmy zdrowi, możli­wość korzys­ta­nia choćby ze środ­ków trans­portu… Ludzie w Afryce tego nie mają. Niezatarte wraże­nie wywarł i stale wywiera na mnie uśmiech tych dzieci, ich słowa wdz­ięczności po każdej przeprowad­zonej przez nas akcji. Zmi­anę zauważam nie tylko w sobie, ale także w moim otocze­niu, głównie na grun­cie szkoły. Dzięki spotka­niu z dyrek­torem szkoły w Ghanie (które wspól­nie z mężem zor­ga­ni­zowal­iśmy), który odwiedził szkołę, w której pracuję, roz­maw­iał z moimi ucz­ni­ami, otrzy­małam wiele tele­fonów z podz­iękowa­ni­ami. Sporo osób mówiło, że to spotkanie poz­woliło im spo­jrzeć inaczej na to, co mamy, na to, jak żyjemy.

K.M: Jak wygląda teraz Pani życie? Gdyby miała Pani opisać swój dzień…

E.R: Praca – dzieci, dzieci – praca (śmiech). Nie mam włas­nych dzieci, ale otaczam się nimi na co dzień, pracu­jąc w szkole i w sto­warzysze­niu. W tej chwili każde dziecko w Afryce trak­tu­jemy wraz z mężem trochę jak swoje. W wakacje miała miejsce smutna sytu­acja. Jeden z naszych podopiecznych pod­czas prz­erwy let­niej pojechał do domu do rodz­iców, a pod­czas tej wiz­yty zachorował na malarię. Gdyby w tym cza­sie był w szkole, dostałby od dyrek­tora lub opiekuna leki, a ponieważ był daleko i rodz­ice nie mieli pieniędzy, nawet nie pojechali do lekarza. Dziecko zmarło. Bardzo mocno i długo to przeży­wal­iśmy. Moje życie jest więc podzielone na dwa światy – praca w szkole, nauka języka ang­iel­skiego, i ten drugi świat, gdy wracam do domu i pracuję na rzecz sto­warzyszenia, myślę kiedy i w jaki sposób zor­ga­ni­zować kole­jną akcję chary­taty­wną itp.

K.M: Czy łatwo jest łączyć te dwa światy, choćby w sposób emocjonalny?

E.R: Myślę że w moim przy­padku te dwa światy dobrze się uzu­peł­ni­ają, mają na mnie dobry wpływ… Kon­takt z dziećmi w Afryce, z ich prob­le­mami, dostar­cza mi wiele energii i wiary w to, że warto poma­gać. Oczy­wiś­cie cza­sami bywają momenty, w których zas­tanaw­iam się, po co mi to wszys­tko, po co ja to robię, ale to jest chwilowe. Po każdej udanej akcji pojaw­iają się zdję­cia i podz­iękowa­nia, a wtedy — na odwrót — mam wyrzuty sum­ienia, jak mogłam powąt­piewać w to, co robimy. Ta dzi­ałal­ność dobroczynna daje mi również siłę, aby staw­iać czoła prob­le­mom tutaj. Kiedy jestem przygnębiona i zrezyg­nowana, nie radzę sobie z jakimiś trud­noś­ci­ami, patrzę na zdję­cia „moich” dzieci. Ich uśmiech i błysk w oku powodują, że jest mi łatwiej radzić sobie z tymi prze­ci­wnoś­ci­ami, które spo­tykam na swo­jej drodze.

K.M: Jak rozu­miem, udało się Pani zarazić swoją pasją męża i razem prowadzi­cie dzi­ałal­ność charytatywną?

E.R: Tak, mieliśmy oboje możli­wość zagłębić się w realia i kul­turę afrykańską dwa lata temu w Kenii. Zaprzy­jaźnil­iśmy się z miejs­cowym Keni­jczykiem, który na naszą wyraźną prośbę zaprowadził nas do miejs­cowej szkoły. W miarę jak zaczęliśmy odd­alać się od kurortów turysty­cznych, coraz bardziej było widać biedę, brudne dzieci, rodziny mieszka­jące w lep­i­ankach, gdzie w odróżnie­niu od kurortów nie było wody, elek­tryczności… niczego. Spo­jrzenia tych bied­nych ludzi nie były już takie życzliwe, twarze nie były takie uśmiech­nięte. Szliśmy godz­inę przez busz, gdzie droga była wyboista i pełna kamieni, a mężczyzna, który nas prowadził, szedł boso i nie narzekał – w prze­ci­wieńst­wie do nas. Gdy udało nam się dotrzeć do szkoły, obraz, który zastal­iśmy, na zawsze odmienił nasze spo­jrze­nie na świat, naszą perspektywę.

Plakat wykonany specjalnie na kiermasz świąteczny, na którym uczniowie Pani Ewy wykonali własnoręcznie ozdoby świąteczneJak już wspom­i­nałam — prob­lem z edukacją. Na 50 uczniów przy­padał jeden nauczy­ciel! Dzieci siedzi­ały podzielone w trzech salach, więc ten jeden nauczy­ciel musiał się przemieszczać z sali do sali. Dla mnie jako nauczy­ciela był to widok wstrząsający, tym bardziej, że te dzieci siedzi­ały grzecznie. To pokazuje, że z jed­nej strony jest bieda, a z drugiej — niesamow­ity potenc­jał, chęć zdoby­cia wiedzy, próba zmi­any swo­jej przyszłości. Istotne jest także to, że więk­szość nauczy­cieli pracuje chary­taty­wnie, są to głównie miejs­cowi, którym udało się zdobyć wyk­sz­tałce­nie i chcą też poma­gać innym.

K.M: Wspom­i­nała Pani o swoich ucz­ni­ach, którzy dzięki Pani dzi­ałal­ności mogli zapoz­nać się z realiami, jakie panują na „czarnym lądzie” — czy zaob­ser­wowała Pani wzrost empatii, społecznej wrażli­wości wśród nich?

E.R: Jasne, to między innymi ich reakcja była dla mnie bodźcem do założe­nia sto­warzyszenia. Najpierw był pro­gram, który bardzo pozy­ty­wnie odd­zi­ały­wał na uczniów, rodz­ice przy­chodzili i z zad­owole­niem mówili, że ich dzieci bardzo zaan­gażowały się w ten pro­gram, i że bardzo chęt­nie wspo­mogliby moją dzi­ałal­ność. Pojawił się pomysł założe­nia sto­warzyszenia po to, aby ta pomoc mogła odby­wać się zgod­nie z prawem. Świado­mość, że jest sporo osób, które mnie wspier­ają i ofer­ują swoją pomoc, jest bardzo budu­jąca i jest to miła odskocz­nia od szarej codzienności.

K.M: Jakie są pani cele, marzenia, które chci­ałaby Pani osiągnąć w związku z dzi­ałal­noś­cią stowarzyszenia?

E.R: Pier­wszym celem jest budowa szkoły w Tan­zanii, nato­mi­ast takim dalekosiężnym celem jest możli­wość prze­niesienia się do Afryki i niesienia pomocy na miejscu.

K.M: Czyli jest Pani w stanie wyobrazić sobie życie w Afryce na stałe?

E.R: Ciężko jest mi odpowiedzieć na to pytanie… Jeżeli bylibyśmy w stanie, prowadząc sto­warzysze­nie, zaspokoić pod­sta­wowe potrzeby, to myślę, że tak. Nato­mi­ast bez takich per­spek­tyw porzu­canie wszys­tkiego nie pomogłoby – stal­ibyśmy się kole­jnymi osobami w potrze­bie, a to ostat­nia z rzeczy, których ten kon­ty­nent potrzebuje.

K.M: W imie­niu swoim oraz czytel­niczek i czytel­ników Bab­skiej Sile­sii chci­ałam podz­iękować Pani za roz­mowę. Życzę jeszcze niejed­nej udanej akcji na rzecz Pani podopiecznych i kibicuję Sto­warzysze­niu Friend­ship Power International.

Więcej infor­ma­cji o dzi­ałal­ności Ewy Rekus na:

http://​ewarekus​.wix​.com/​f​pingo

http://​cre​ative​learn​ing​-ewarekus​.blogspot​.com/


Dołącz do newslet­tera
Firmy dla Ciebie
  1. Przestrzeń Pozy­ty­wna
  2. Insty­tut Psy­choter­apii Dzieci i Dorosłych
  3. Fran­co­folie — ośrodek języka francuskiego
Reklamy
Nasze Akcje

Partnerzy Babskiej Silesii

Organizatorki

Studio Mikstura
Redakcja Babska Silesia:
43-300 Bielsko-Biała
Tel
Kom
Email:

Kontakt

Email: redakcja@babskasilesia.pl

 

Projekt i Wykonanie: Cyber Sky

.